Lew Polarny
Coś nie ma nazwy... każdy nazwie to po swojemu... coś nie dzieje się w konkretnym miejscu, czasie, nie dotyczy konkretnych osób... coś może spotkać każdego, wszędzie i zawsze
Przeszłość pisarni
Rok 2014
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2013
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2012
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2006
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Pisarnia
Coś zaskakujące... 2006-11-10
-To miłe co powiedziałaś - powiedział cicho - Jednak nie dziw mi się... Jestem zwykłym facetem w dżinsach...
-Mówiłam... - zaczęła
-Wiem, wiem! - przerwał Jej - Pozwól mi dokończyć! Nie chodzi mi dosłownie o te dżinsy... To symbol... Chodzi mi o to, że... Twoje otoczenie jest... hmmm... jakby to powiedzieć...? No... lepsze od poziomu, który ja sobą reprezentuję... Być może jest to świat, którego tak naprawdę nie znam i nigdy nie byłem do niego zbyt blisko dopuszczany...
-Przepraszam Cię, ale bzdury pleciesz...- przerwała mu stanowczo - Na jakiej podstawie tak sądzisz? Zamożności? Sposobu bycia? Stanowisk? Samochodów? Garniturów?
-No powiedzmy, że już te elementy, które wymieniłaś wyraźnie różnicują mój świat od Twojego...
-Tak? To posłuchaj... Firma, w której pracuję, zapewnia mi częste kontakty z tak zwanymi elitami naszego lokalnego biznesu... Uwierz mi, że wielu spośród tych podziwianych biznesmenów, to prości ludzie... Są wśród nich alkoholicy, którzy od zwykłych lumpów różnią się tylko ceną trunków jakimi się odurzają na codzień, bo ani słownictwo ani zachowanie, gdyby ich jeszcze odrzeć z zewnętrznych atrybutów zamożności, nie czyni rzadnej różnicy... Ci ludzie niczym mi nie imponują... Nie czuję się w ich towarzystwie dobrze... Widzisz... ja lubię swoją pracę... zawsze ją lubiłam i wykonywałam ją z pasją... pracuję w swoim wyuczonym zawodzie i może dzięki temu oraz kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności zapracowałam na dobrą opinię potwierdzoną zaufaniem właściciela firmy... Niektóre kontrakty realizowane przeze mnie opiewają na naprawdę duże pieniądze... to wyzwala adrenalinę... udane transakcje cieszą.... kontakt z tym światem to element mojej pracy, ale własnie to, iż znam to środowisko od podszewki, to że wiem jak nieuczciwie zdobyte zostały pierwsze duże pieniądze, przez tych inwestorów, nie wywołuje we mnie ani szacunku ani uwielbienia... Dużo więcej uznania znajduję dla niektórych facetów w dżinsach... - uśmiechnęła się
-Od teraz nawet spać będę się kładł w dżinsach - zaśmiał się
-Rozumiem Twoją opinię o środowisku, z którym łączą Cię obowiązki zawodowe... - powiedział po chwili - Ale na przykład Twój mąż...
-Dobrze... - ponownie mu przerwała - Powiedz mi... znasz mojego męża?
-Nooo.... wiesz... Mógłbym to żartobliwie ująć dwoma słowami: morze wódki...
-No właśnie... Imprezy... Te wasze nocne polaków rozmowy... Naprawianie świata po sześciu drinkach... Ale co o nim wiesz, poza tym ile może wypić, i jak długo leczy kaca?
-Chyba nie jesteś sprawiedliwa... - zaczął bez przekonania - Wiem, że skończył studia, przez pewien czas pracował w tej samej firmie co ja, potem zajął się biznesem, a w tej chwili od kilku lat pracuje na stanowisku dyrektorskim. Znam go jako osobę o rozległych zainteresowaniach, inteligentnego rozmówcę, człowieka z poczuciem humoru, no i oczywiście przystojnego mężczyznę, który jak sądzę robi wrażenie na kobietach... To naprawdę nie jest tak, że go nie znam...
-W takim razie... - powiedziała powoli, zerkając ukradkiem na zegarek - Może usiądziemy i opowiem Ci jaki jest mój mąż...
Spacerując dotarli do trójkątnego skweru otoczonego półtorametrowej wysokości żywopłotem... na środku placu była wielka prostokątna piaskownica... na dyskretnie rozmieszczonych wokół niej ławkach siedziało kilka młodych mam pilnujących swoje pociechy w czasie zabawy piaskiem... jedna z ławek ulokowana w pobliżu najodleglejszego rogu skweru była pusta...
usiedli...
-Tak... oczywiście muszę się zgodzić, że masz trochę informacji o moim mężu - zaczęła - Jednak to co wiesz, jest tym co on chce żeby o nim wiedziano... to obraz jaki on sam kreuje... Mój mąż pochodzi z niewielkiego miasteczka, w którym jego rodzice, a szczególnie jego ojciec, z racji przynależności partyjnej oraz rozległych znajomości stanowił dość ważną osobistość... na tyle ważną aby zarówno mój mąż, jak i jego brat dorastali w warunkach książęcych... obaj chłopcy wychowywani byli w poczuciu, że są pępkami świata, a nadpępkiem pępków, który wszystko może jest ojciec... byli bardzo rozpieszczeni i zmanierowani... oczywiście nie można im odmówić uzdolnień i inteligencji, ale faktem jest też to, że dyrektor liceum z synami kolegi obchodził się nadwyraz przyjaźnie i ostrożnie.... mogłoby się wydawać, że studia w odległym mieście wojewódzkim zmuszą chłopców do samodzielności, jednak i tu okazało się, że teść znał tak wiele osób z ówczesnych władz uczelni, że parasol ochronny nadal skutecznie rozpościerał się nad głową najpierw starszego, a potem młodszego panicza... w czasie studiów się poznaliśmy... w zasadzie to był przypadek... byłam umówiona z moim ówczesnym chłopakiem do kina... jednak okazało się, że omyłkowo umówił się w tym samym terminie, choć na szczęście w innym miejscu z inną dziewczyną i aby ratować jakoś sytuację, wysłał do mnie z zestawem usprawiedliwień swojego kolegę z roku... to był mój obecny mąż... spotykaliśmy się przez blisko rok... zaszłam w ciążę... po ślubie teść zarządził, że syn musi skończyć studia... ja swoje przerwałam... po urodzeniu córki, byliśmy praktycznie na utrzymaniu teściów i moich rodziców... ponieważ nie była to dla mnie sytuacja komfortowa gdy tylko nadarzyła się taka możliwość poszłam do pracy... gdy skończył studia musieliśmy wynieść się z akademików... zamieszkaliśmy na sublokatorce... mimo tych wszystkich trudności byłam wówczas naprawdę szczęśliwa... i nawet nie zauważałam, że dla człowieka, za którego przez dwadzieścia kilka lat jego życia podejmowano decyzje i brano odpowiedzialność, sporą trudnością jest wcielenie się w rolę głowy rodziny... nie zauważałam, że nie do końca z ukończeniem studiów, skończyło się studenckie życie... ponieważ w domu rodzinnym mojego męża piło się zawsze i dużo, ten obyczaj ugruntowany w czasie studiów próbował wnieść do naszej rodziny.... praca w dużej państwowej firmie produkcyjnej w końcówce lat osiemdziesiątych, nie była dla młodego inżyniera wielkim wyzwaniem... dostosował się wówczas do obowiązujących standardów, co było po prostu typowym dla jego charakteru oportunizmem... kilka lat po ślubie nastąpił kryzys... w zasadzie nie chcę Ci teraz o tym opowiadać... może kiedyś... jeśli będziesz chciał tego wysłuchać...
-Jak znam siebie... - powiedział cicho - a znam już siebie od trzydziestu lat, więc miałem dość czasu na samopoznanie, to napewno będę chciał wysłuchać...
-Nigdy nie bywasz poważny? - lekko się uśmiechnęła
-Jestem poważny... Przepraszam jeśli nie nazbyt...
-Nie o to chodzi, żebyś mnie przepraszał, ale ja Ci tu historię mojego życia wykładam...
-W porządku.... - przerwał - przyznaję się, że często dowcipkowanie jest takim rodzajem woalu... zasłony, która ma ukryć moje myśli, zdenerwowanie... Przepraszam...
-Nie przepraszaj... - spojrzała na zegarek
-Czy w Twoim zegarku jest coś wyjątkowego, że tak go często oglądasz? - zapytał
-Dlaczego? Ty nie sprawdzasz, która godzina?
-Oczywiście, że sprawdzam, ale w sytuacjach, które naprawdę wymagają kontroli czasu... W tej chwili nie chcę się rozpraszać, myśleniem o upływających minutach, o pracy... Poza tym mogłabyś w takiej sytuacji odnieść wrażenie, że niecierpliwi mnie Twoje towarzystwo...
-Rozumiem aluzję... Przepraszam...
-Oj, jacy my dzisiaj uprzejmie ulegli wobec siebie... - zaśmiał się
-Wiesz... - zaczęła się również śmiać - Tak się teraz zastanawiam, że ja faktycznie i dosłownie cały czas robię wszystko z zegarkiem w ręku... chyba nie zdarzają mi się momenty w ciągu dnia, kiedy nie byłabym w stanie dość precyzyjnie określić czasu...
-Ja również uznaję istnienie i upływ czasu, ale są chwile kiedy pozwalam czasowi płynąć bez mojego aktywnego udziału... Chwile miłe, momenty drobnych i większych przyjemności nie są przeze mnie zamykane w przedziałach między jedną a drugą pozycją wskazówek... Są bezwymiarowe... wolę wiedzieć co w ich trakcie czułem, niż ile trwały...
-Może masz rację... - powiedziała powoli - Może faktycznie powinnam spróbować nabrać takiego dystansu...
-Jak będziesz chciała to Cię nauczę - zaśmiał się ponownie - Lekcje są darmowe... ważna jest tylko frekwencja i systematyczność...
-Czy to propozycja kolejnych spotkań na kawie? - uśmiechnęła się, lekko przechylając głowę na bok
-To oferta edukacyjna... zawierająca wbudowane elementy gwarantujące satysfakcję prowadzącemu szkolenie... Chyba nie dokończyłaś opowiadania o Twoim mężu?
-Tak - spoważniała - Nie będę Cię zanudzać całym naszym wspólnym życiorysem... Zaczęliśmy rozmawiać o nim zaczynając od konfrontacji, jak to ująłeś, faceta w dżinsach z moim mężem... podsumuję to tak: mój mąż jest nadętym bufonem.... sobkiem dla którego świat nie sięga dalej niż czubek jego nosa... jest pozorantem, koncentrującym się na robieniu jak najlepszego wrażenia, a tak naprawdę nie dbającym o nikogo poza samym sobą... rozumiem, że się kolegujecie i odbierasz go zupełnie inaczej, ale uwierz mi, że nie jest tak idealnym człowiekiem jak Ci się wydaje... nie masz mu czego zazdrościć i nie osiągnął nic co mogłoby Tobie imponować...
-Nie ukrywam, że zaskakujesz mnie... - odparł poważnie - Do tej pory sądziłem, że jesteście bardzo zgodnym i zgranym małżeństwem...
-Chyba żartujesz... - powiedziała powoli z namysłem - Nie mów, że nic nie wiesz o tym, że nie mieszkaliśmy razem?
-Kiedy? - nie ukrywał zaskoczenia
-Przez dwa lata żyliśmy osobno... Ponownie zamieszkaliśmy razem mniej więcej rok temu...
-No to wiem... - odpowiedział z ożywieniem - Przecież Twój mąż pracował wtedy w innym oddziale firmy... już myślałem, że mówisz o jakiejś innej sytuacji... nie mogliście razem mieszkać skoro go oddelegowano na stanowisko dyrektora oddziału czterysta kilometrów stąd!
-Znów widzę, że znasz fakty troszkę przez niego zmodyfikowane... Najpierw zdecydowaliśmy się na separację, a dopiero w wyniku tego postarał się o przeniesienie do innego miasta...

Słuchał tego co mówiła i chyba nie potrafił zapanować nad wyrazem osłupienia...
-Co się stało, że znów jesteście razem? - zapytał niepewnie
-Długa historia, na którą nie mamy już dzisiaj czasu... Powiem tylko, że po dokonaniu szeregu ustaleń formalnych, zdecydowaliśmy się mieszkać razem i nie rozwodzić się ze względu na dzieci... Niech Ci to na razie wystarczy...
-Nie chcę drażnić Cię ponownym patrzeniem na zegarek, ale tym razem wydaje mi się, że jest już późno... odprowadzisz mnie trochę w kierunku biura? - podniosła się z ławki
-Oczywiście - poderwał się...
-Zaskoczony? - spytała poważnie
-Skłamałbym mówiąc, że nie... Muszę to sobie w głowie poukładać...
Dość żwawym krokiem wyszli się z parku na jedną z bardziej ruchliwych ulic... hałas ruchu ulicznego nie ułatwiał rozmowy...
-Pracuję w tym białym budynku - powiedziała wskazując na dwupiętrowy dom stojący jedną przecznicę dalej - Tobie chyba będzie bardziej po drodze, skręcić tutaj?
-Tak... Rozumiem, że lepiej żeby Cię nikt z pracy nie widział z facetem w dżinsach... - zanim zareagowała zaśmiał się głośno - Żartowałem!!! Przestań... Już wiem, że facet w dżinsach nie jest u Ciebie całkowicie bez szans na sympatyczną znajomość!!! Żartowałem...
-Masz szczęście... - zaśmiała się równie spontanicznie - Zadzwonisz? - spytała wyciągając rękę na pożegnanie...
-Tak - ujął Jej dłoń - Zadzwonię... Dziękuję Ci za to spotkanie...
-Nie ma za co - uśmiechnęła się raz jeszcze - Może nie tak je sobie wyobrażałeś...
-Wielu rzeczy sobie nie wyobrażałem i może dzięki temu mają swój urok...
Wysunęła swoją dłoń z jego dłoni patrząc mu w oczy...
-Uważaj na siebie... Pa.. - powiedziała odwracając się
-Dziękuję... Do zobaczenia... - rzucił patrząc jak odchodzi... chwilę później puścił się biegiem w kierunku swojej firmy...
Coś spacerowe... 2006-08-14
Dość sprawnie uporał się z bieżącymi sprawami... równie gładko posżło mu z zadzwonieniem do Żony i przekazaniem jej nieprawdziwej informacji o spotkaniu w sali konferencyjnej, które zajmie bliżej nieokreśloną ilość godzin w związku z czym jak tylko będzie wolny to się odezwie i oczywiście na sto procent odbierze Młodego z przedszkola... szefowi rzucił lakoniczne "Muszę wyskoczyć na miasto..." będąc przekonanym, że to w zupełności wystarczy... 
dwadzieścia minut przed dwunastą był gotów... wystukał Jej numer...
- Idziemy? - zapytał gdy się przedstawiła
- Jeżeli się nie rozmyśliłeś...
- Ja się nie rozmyśliłem... a na dodatek powiem Ci, że jeśli kawa z Tobą będzie w przyszłości tak skutecznie motywować mnie do pracy, to moi przełożeni mogą zwrócić się do Ciebie z prośbą o codzienne spotkania... - jak zwykle dowcipkując usiłował ukryć swoje zdenerwowanie - W takim razie zbiórka za piętnaście minut przy "Dracenie"...
- Dobrze... - odpowiedziała - Do zobaczenia...
- Do widzenia - odłożył słuchawkę z uśmiechem
....................................................................
na zewnątrz było słonecznie i ciepło... szybkim krokiem oddalał się od budynku swojej firmy... niemal automatycznie myśli podążyły w Jej kierunku... tak naprawdę pierwszy raz zobaczy się z Nią sam na sam... no może nie zupełnie sam na sam, ale z dala od oczu, których należałoby unikać... w zasadzie był zadowolony, że propozycja spotkania pojawiła się spontanicznie... "Jeżeli Ona się mną bawi... jeżeli prowadzi grę... to niech wie, że ja w tej rozgrywce też mam coś do powiedzenia..." - pomyślał... raczej nie dopuszczał do głowy takiej myśli, że to Ona doprowadziła do tego, że zaproponował spotkanie... fakt, że z Jej strony to musiała być gra, był dla niego bezdyskusjny... przez ostatnie tygodnie dzięki wspólnym rozmowom poznał ją znacznie lepiej... z ich wspólnych rozmów wyłonił się obraz kobiety bardzo inteligentnej, wrażliwej i mądrej, ale to tylko utwierdzało go w przekonaniu, że ktoś taki, choć niezwykle interesujący nie mógł ot tak bez powodu zainteresować się kimś tak pozbawionym wyrazistości jak on...
mniej więcej w połowie drogi stwierdził, że się zasapał... zwolnił kroku... "Zapuściłem się" - pomyślał... kiedyś biegi przełajowe i średniodystansowe były jego domeną i nawet kilkakrotnie reprezentował szkołę, a teraz nadmiarowe dwadzieścia pięć kilo czyniło z niego już po kilkuset metrach szybkiego marszu zaspanego tłuściocha... w zasadzie przez ostatnie kilka lat w ogóle nie zwacał uwagi na to jak wygląda i było mu z tym dobrze.... tylko w tej chwili było mu nieco wstyd... nie chciał pojawić się z czerwoną twarzą i z trudem łapiąc oddech... 
mimo wolniejszego tempa przed kawiarnią pojawił się kilka minut przez dwunastą... ponieważ nie było Jej przed wejściem, zajrzał do środka... we wnętrzu kawiarni panował półmrok.... pomieszczenie nie było zbyt obszerne... mieściły się tam zaledwie cztery stoliki z krzesłami i bar... oprócz kelnerki siedzącej za barem i wydmuchującej pod sufit dym z papierosa, w środku nie było nikogo... wycofał się bąknąwszy coś nieokreślonego w kierunku kelnerki, która zdawała się go nie zauważać... gdy ponownie stanął nad zalanym słońcem chodniku zobaczył Ją... zbliżała się powoli, jakby faktycznie przypadkowo znalazła się w tym miejscu... miał unikalną, jak dotąd możliwość przyglądnięcia się całej Jej sylwetce... ubrana była w elegancki, dwuczęsciowy kostium... niezbyt długa marynarka była świetnie dopasowana... popielata spónica sięgała nieco powyżej kolan... buty na niezbyt wysokim obcasie doskonale dopełniały eleganckiego wyglądu... na ramieniu torebka... czarne, starannie ułożone włosy obrysowywały owal Jej twarzy... uśmiechnąła się na jego widok.... Jej ciemne oczy zwęziły się w uśmiechu, a usta pomalowane dość ciemną pomadką odchyliły białe zęby... 
- Dzień dobryyy! - wyciąnął dłoń na powitanie - Co za spotkanie!!! Co Pani tu robi???
jeden z przechodniów obejrzał się...
- Cześć - zaśmiała się - Przestań się wygłupiać...
- Nie umiem.... - wpadł jej w słowo - No ale już postaram się być poważny... jestem pod ogromnym wrażeniem Twojego stroju roboczego...
- Bardzo śmieszne... Uspokój się... Wchodzimy do środka?
- Do środka? hmmm... jakby Ci powiedzieć...? no niezbyt zachęcające wnętrze...
- Fuj?
- Idealnie to określiłaś.... obawiam się, że moglibyśmy dostać kawę sypaną w szklankach z aluminiowymi łyżeczkami...
- Skoro tu jest "fuj" to gdzie idziemy? - spojrzała na zegarek
- Spieszysz się...? - zapytał
- Nie... mam około czterdziestu pięciu minut...
- Świetnie! W takim razie chodźmy po prostu się przejść...
- Jak to przejść? - odparła z lekkim przestrachem - Dokąd?
- No zwyczajnie.... na spacer... zobacz tu niedaleko jest park... szkoda w taką pogodę siedzieć w takiej norze...
- Ale jeśli... - zaczęła
- ....ktoś nas zobaczy? - dokończył - Daj spokój... Chodźmy, proszę...
nic nie powiedziała, ale jej mina spoważniała...
idąc powoli, oddalali się od zgiełku ruchliwych ulic miasta...  co kilka kroków zerkał na Nią ciekawie... podobała mu się... nie była typem modelki... pomyślał wręcz, że niektórzy mogliby dopatrzyć się w jej sylwetce pewnych nieproporcjonalności... ale uśmiech Jej ust i oczu urzekał go...
- Dlaczego mi się tak przyglądasz? - zapytała nie patrząc na niego
- Bo mogę - odparł błyskawicznie
- To fakt - roześmiała się - Na imprezach, w towarzystwie trzeba się bardziej kontrolować...
- I niestety równo dzielić uwagę pomiędzy resztę uczestników...
- Wiesz.... mam do Ciebie mnóstwo pytań... - zaczęła starannie wypowiadać każde słowo - które wolałabym zadać Ci w bezpośredniej rozmowie, niż przez telefon...
- Pytaj... - poczuł gwałtowną falę zdenerwowania, zaskoczyła go... nie miał pojęcia o co chce pytać, ale z Jej tonu wnioskował, że to moga być poważne pytania...
- Kiedy to widzisz nie jest takie proste... - powiedziała - Jak się to w głowie układa to jest łatwe, ale gdy przychodzi do realizacji to brakuje odwagi... Dlatego sama sobie nie mogę się nadziwić, że zadzwoniłam do Ciebie....
- Wiesz... ja się sobie nie mogę nadziwić, że Ci dałem tę wizytówkę, ale również Tobie się dziwię, że zadzwoniłaś...
- Popełniłam błąd? - w Jej głosie słychać było zaczepkę
- Oj nie o to chodzi... po prostu nie rozumiem co Taką Kobietę jak Ty skłania do rozmowy z takim facetem jak ja...
- Rozmawialiśmy już o tym... Co masz na myśli? Co znaczy Taka Jak Ja i Taki Jak Ty?
- Jak to co? Wystarczy w tej chwili na nas spojrzeć... różnica kilku klas... ja nie chodzę w garniturach, krawatach...
- Uważasz, że wygląd czy ubiór jest taki ważny? - przerwała mu
- Ja nie uważam... ale...
- Ja też nie uważam i posłuchaj mnie... to jak się ubierasz nie ma dla mnie znaczenia... lubię z Tobą rozmawiać... lubię Cię słuchać i nie przeszkadza mi w tym Twój strój...
poczuł przyjemny dreszcz... pomyślał, że jeśli to jest element Jej gry to jest absolutną mistrzynią...
dotarli do parku... ogromne kasztanowce dawały przyjemny cień alejce, którą szli... spojrzała na zegarek...
Bliższe coś... 2006-07-26
w pokoju panował mrok...
- Cieszę się, że mnie odnalazłeś - dobiegł go kobiecy szept
spojrzał na zarys drobnej sylwetki... leżała obok niego... była całkowicie naga... w ciemności wpatrujące się w niego ciemne oczy na tle owalu twarzy wydawały się większe niż za dnia... uśmiechała się... nie mógł sobie przypomnieć jakim cudem znów się spotkali, ale wiedział że zawsze marzył o takiej chwili... o takiej bliskości... uśmiechając się uniosła nieco nogę i zaczęła przesuwać stopę wzdłuż jego nogi... oboje leżeli na boku, zwróceni twarzami do siebie... czuł jak gładkie udo dotyka jego biodra... jego serce biło coraz prędzej... opuszkami palców przemknął wzdłuż ramienia... delikatnie, ledwo muskając, przesuwał swą dłoń po plecach kobiety aż do pośladków... uniósł lekko biodra i pozwolił by oplotła go nogami... był bardzo podniecony... bardzo wolnym ruchem bioder zbliżał się coraz bardziej... czuł, że dzielą ich milimetry... ta bliskość potęgowała podniecenie... czuł jak przysuwa biodra ku niemu... nagle poczuł szarpnięcie... poderwał się gwałtownie... sen uciekł natychmiast...
- Wstajesz? - głos Żony przywrócił go ostatecznie do rzeczywistości - Budzik już dzwonił...
- Tak... - wymamrotał
uświadomił sobie, że śniła mu się koleżanka, której nie widział od wielu lat, ale jednocześnie był przekonany, że ciało, którego dotyk śnił tak realnie należało do innej osoby... po chwili zmył z siebie resztki snu i rozpoczął kolejny wiosenny dzień...
.....................................................................................
- Nic mi się nie chce - powiedział do słuchawki
- Naprawdę zupełnie nic? - zapytała z filuternym uśmiechem - Cóż Cię tak rozleniwiło?
- No może faktycznie przesadziłem z kategorycznością - zaśmiał się - Miałem dziś dziwny sen... z gatunku tych realnych, które towarzyszą człowiekowi przez resztę dnia... Jakoś nie mogę się po nim skoncentrować...
- Koszmar?
- Ha ha ha... wręcz przeciwnie... ale nie każ mi opowiadać bo się spalę ze wstydu - odpowiedział
- Jakoś trudno mi uwierzyć w Twoją wstydliwość, ale nalegać nie będę... A zatem skoro na coś jednak masz ochotę to może o tym opowiesz?
- Hmmm... - uśmiechnął się
w głowie zaświtała mu szalona z pozoru myśl...
- Szczerze? - zapytał
- Gdybym chciała być okłamywana, wierz mi, że znam kilka niezawodnych numerów telefonów, pod którymi usłyszę kłamstwo bez dodatkowych pytań. Szczerze...
- Tak szczerze... - odrobinę przeciągnął, zastanawiając się z jaką reakcją się spotka - Mam ochotę wyjść z tego biura... - zawiesił głos
- Z tego co do tej pory się dowiedziałam o Twojej pracy, to chyba nie przykuwają Cię co rano do biurka łańcuchami więc chyba wyjście jest możliwe?
- Nie mów głośno, bo jeszcze ktoś usłyszy i wcieli taki pomysł w życie - zaśmiał się - Wiesz kiedy ostatnio Cię widziałem?
- Wiem - Jej odpowiedź była bardzo szybka
- Co powiesz na krótką przerwę na kawę? - starał się aby zabrzmiało to beztrosko, choć w rzeczywistości był zdenerwowany
- Teraz?
- Niekoniecznie teraz... Pytam co powiesz?
- Hmmm... A co Ty powiesz jak nas ktoś zobaczy? - zapytała poważnie
- Dlaczego od razu ma nas ktoś oglądać? - próbował zbagatelizowac Jej pytanie czując jednocześnie, że to ucieczka przed odpowiedzią
- Posłuchaj... - w Jej głosie wyczuwalne było napięcie - Nie mam zamiaru ukrywać, że chętnie spotkałabym się z Tobą na kawie i nie jest dla mnie problemem znaleźć pół godziny w ciągu dnia na taką przerwę w pracy... jednak zdajesz chyba sobie sprawę z tego, że mimo, iż byłaby to zwykła pogawędka przy filiżance, trudno byłoby nam się z tego wytłumaczyć... bo niby jak? skąd? przypadek? a skoro nie przypadek to co?
- Masz rację... - chyba spodziewał się prostszej odpowiedzi - Co prawda nie do końca rozumiem jakim cudem w kawiarni mielibyśmy się natknąć na kogoś przed kim musielibyśmy się tłumaczyć, ale naturalnie nie można tego wykluczyć... Z mojej strony była to tylko odpowiedź na pytanie na co mam ochotę... Jak widać nie zawsze można mieć to co się chce...
- Niestety...
zagrał va banque... "teraz albo nigdy..." - pomyślał
- Czy to na co masz ochotę ma jakiś bardziej precyzyjny kształt? - zapytała cicho...
uśmiechnął się szeroko...
- Nadawanie kształtu rzeczywistości to najbardziej fascynująca czynność - odparł z nutą arogancji w głosie - Jeśli się nie boisz, że Cię ktoś ze mną zobaczy na kawie ustalmy teraz o której i gdzie...
- Nie o siebie się boję tylko o Ciebie - powiedziała poważnie
- Był taki przebój "o mnie się nie bój" - usiłował żartować - Dajmy sobie trochę czasu na wypełnienie obowiązków wobec pracy i rodziny... Czy w pobliżu Twojego biura jest jakiś lokal z kawą?
- Mniej więcej w połowie drogi między naszymi firmami jest mała kawiarnia... W czasie studiów często tam chodziliśmy z grupą... Nie wiem czy nadal istnieje... kiedyś nazywała się "Dracena"... Wiesz gdzie to jest?
- Coś kojarzę... Czy to jest przy tym małym placu w sąsiedztwie Urzędu?
- Dokładnie...
- W takim razie dajmy sobie godzinę i za kwadrans dwunasta zdzwońmy się przed wyjściem... Wolałbym wcześniej wiedzieć, że się rozmyśliłaś...
- Nie żartuj sobie... opowiem Ci coś gdy się spotkamy, może wówczas lepiej mnie zrozumiesz... zadzwoń do mnie przed wyjściem... pa... - powiedziała niemal ze smutkiem
- Zadzwonię... Do zobaczenia
......................................................
odłożył słuchawkę... serce łomotało jak oszalałe... z ogromnym animuszem zabrał się za czekające od rana zadania....
Zmieniające coś... 2006-06-06
Ich codzienne rozmowy znalazły stałe miejsce w harmonogramie dnia powszedniego... każdy dzień pracy zaczynał i kończył się rozmową telefoniczną... w trakcie wypełniania obowiązków zawodowych, również starali się znajdować czas na choćby kilkuminutowe pogawędki... gdy się nad tym zastanawiał, zaskoczyła go myśl, że jak do tej pory nie zdarzyła się ani jedna chwila, zawahania, niezręcznej ciszy, czy braku tematu do rozmów... gawędzili ze sobą jak starzy znajomi... jakby znali się od wielu lat i toczyli setki podobnych rozmów, a nie raptem kilkanaście... ich poczucie humoru było bardzo zbieżne i potrafili w ich trakcie żartować... nie unikali również tematów poważnych oraz zwykłych, codziennych spraw... w wielu kwestiach ich poglądy były zadziwiająco zbieżne... jego współpracownicy rezydujący w tym samym pokoju stopniowo przyzwyczajali się do jego dziwnego zachowania... do długich rozmów, w trakcie, których zniżał głos niemal do szeptu i stawał się nieobecny duchem, odporny na działanie bodźców zewnętrznych... nie interesowało go, co sobie o tym myślą... był więcej niż pewien, iż domyślają się, że rozmawia z kobietą i że nie jest to jego żona... czuł, że plotki fruwają po korytarzach biura jak spłoszone nietoperze w podziemnej grocie... "A niech sobie pogadają" - myślał... plotki, były są i będą... zmieniają się obiekty plotek, ich tematy i stopień prawdopodobieństwa, ale plotki są niezniszczalne... może dlatego, że nigdy w życiu nie przejmował się ludzkim gadaniem na swój temat, nigdy nie został plotką skrzywdzony... póki co uważał, że nic złego nie robi... swoje obowiązki wypełniał bez zarzutu, a sam siebie rozgrzeszał powtarzając w myślach, że "...rozmowa telefoniczna ze znajomą to nie zbrodnia..." czuł co prawda, że Żona nie przyjęłaby takiego tłumaczenia bezkrytycznie i zapewne mocno by się zdziwiła gdyby dowiedziała się ile czasu i z kim rozmawia, ale uważał, że nie ma takiego zagrożenia, gdyż praktycznie nikogo z jego biura nie znała osobiście, a przynajmniej nie w takim stopniu, aby taka informacja mogła do niej dotrzeć... ich rozmowy nawet trudno byłoby nazwać flirtem... dobrze się rozumieli... lubił z Nią rozmawiać i uważał, że ulega pod Jej wpływem pewnym pozytywnym zmianom, ale mimo wewnętrznego rozedrgania unikał tematów i wypowiedzi, które mogłyby zabrzmieć wieloznacznie... wiedział z czego to wynika.... po prostu telefon ograniczał obszar odczytu Jej reakcji.... zależało mu na kontakcie z Nią... sprawiał mu przyjemność i stanowił intrygującą zagadkę... dlatego nie chciał czegoś popsuć... zdanie się wyłącznie na to, co się słyszy było niebezpieczne... nie widząc Jej reakcji bał się posunąć zbyt daleko... z doświadczenia wiedział, że łatwiej rozmawia mu się z ludźmi bezpośrednio... widział czy rozmówca go słucha, czy rozumie sens wypowiedzi... słuchając również sam lepiej interpretował intencje rozmówcy... zawieszenie głosu, czy chwila ciszy mogła być różnie interpretowana, w zależności od mimiki czy zachowania osoby mówiącej...
.................................................................................
odkąd kontaktowali się ze sobą regularnie nie potrafił się oprzeć porównaniom... w podświadomości porównywał Ją z Żoną, a Żonę z Nią... to przychodziło samo, bezwiednie... coraz częściej obserwował zachowania Żony przez pryzmat wyobrażeń: jak Ona zachowałaby się w tej sytuacji... słuchając Jej, przyłapywał się na rozważaniu: ciekawe, co zrobiłaby Żona na Jej miejscu... te porównania niepokoiły go i irytowały... do tej pory nie oceniał Żony... nie dość, że nie było mu to do niczego potrzebne, to wręcz uważał to za szkodliwe... naturalnie, czasem go drażniła... z rzadka coś burknął pod nosem, częściej zachowując komentarz w myślach... zawsze po chwili dochodził do wniosku, że on też nie jest ideałem i dla wspólnego dobra powinni starać się wzajemnie akceptować... chyba nigdy wcześniej nie zdarzało mu się patrzeć na Żonę tak krytycznie jak ostatnio... najbardziej irytowało go w tym to, że ewidentnie zmiana w postrzeganiu Żony była wywołana przez Nią... nie cierpiał ulegać manipulacjom... był na takie zjawisko wręcz uczulony... między innymi ze względu na rzeczywistą lub urojoną manipulację unikał oglądania niektórych filmów, seriali bądź programów telewizyjnych... w tym przypadku jednak, sam nie do końca był przekonany czy może mówić o manipulacji... "Jeśli to nie jest manipulacja" - myślał - "to tym bardziej mnie to niepokoi"... jedna z pierwszych sytuacji, zasiewających ziarno zwątpienia miała miejsce w trakcie jednej z rozmów "na dzień dobry"...
-Jak samopoczucie? - spytała po przywitaniu się - Wypoczęty? Wyspany?
-Nooo... tak średnio, ale za chwilkę kawa postawi mnie na nogi - odparł szczerze
-Hmmm... - uśmiechnęła się - A co takiego w nocy Cię zajęło, że nie starczyło czasu na sen?
wyczuwał prowokację w Jej głosie i również się zaśmiał...
-Nie... to nie kwestia zajęć nocnych... Trochę późno się położyłem, a wstałem jak zwykle...
-Późno?
-No niby nie tak bardzo... parę minut po północy, ale jak się wstaje o piątej trzydzieści to troszkę snu brakuje - nadal się uśmiechał i próbował mówić tonem żartobliwym
-No to dlaczego nie położyłeś się wcześniej? Bezsenność?
-Nie... trochę późno zacząłem szykować obiad na dzisiaj i tak mi zeszło... a ponieważ zawsze staram się zostawić kuchnię w jako takim porządku na rano, żeby przygotowania śniadania nie zaczynać od zmywania, więc skończyłem koło dwunastej...
-Ja też nie przepadam za bałaganem w kuchni - przerwała mu zaskakująco poważnie - Mogę Ci zadać pytanie?
-Oczywiście
-To nie moja sprawa, i nie musisz mi odpowiadać, ale powiem szczerze, nurtuje mnie to od jakiegoś czasu jak słucham o Waszym wspólnym życiu... Co w tym czasie robi Twoja Żona?
-W jakim czasie? - czuł, że głupio odpowiedział, i że nic mu to nie da, ale nie podobało mu się to pytanie... a może bardziej odpowiedź na nie...
-No na przykład wczoraj wieczorem jak sprzątałeś w kuchni? - uśmiech całkowicie zniknął z Jej głosu
-No jak to co? - naprawdę mu się to nie podobało - Spała...
-Hmmm... Przepraszam, że zapytałam... Nie moja sprawa...
-Nie ma problemu... bo widzisz.... ona się źle czuła... - bez przekonania wydusił z siebie kłamstwo
-Wydaje mi się, że powinniśmy zmienić temat - powiedziała poważnie
-Dlaczego? Możemy rozmawiać na każdy temat...
-Bo mnie to denerwuje - weszła mu w słowo - A jeszcze bardziej denerwuje mnie to, że mnie to denerwuje! To nie moja sprawa!
-Jak chcesz... Ja tu nie widzę problemu...
-No skoro nie widzisz problemu to tym bardziej nie powinnam się odzywać w tej kwestii... - irytacja w Jej głosie była wyraźna...
-Posłuchaj... sprawa jest banalna... od zawsze ja gotuję... Żona twierdzi, że nie lubi i nie umie gotować.... dla mnie to nie stanowi problemu... głównie ze względu na Młodego staram się, żeby w domu codziennie mógł zjeść coś ciepłego... jeżeli ona czuje się zmęczona i musi się o dwudziestej pierwszej położyć, to ja naprawdę nie widzę problemu - lekko uniósł ton - Co miałaby czekać aż skończę, żeby mi pomóc pozmywać? Poradzę sobie...
-W to nie wątpię - wycedziła przerywając mu...
-Lubię rano wstać wcześnie... - kontynuował - Nie znoszę nerwowego pośpiechu... wstawanie przed szóstą pozwala mi spokojnie przygotować im śniadania, wziąć prysznic, wybudzić Młodego tak żeby spokojnie umył się, ubrał i zjadł... to wszystko...
-Ja naprawdę nie powinnam tego kontynuować, ale skoro ciągniesz sam ten temat to powiedz mi jedno...
-Tak?
-Twoja Żona zaczyna pracę o siódmej, a Ty o ósmej. Teoretycznie naturalne byłoby gdyby ona wstawała przed Tobą... Ile razy ona robiła śniadanie Młodemu i Tobie?
-Nie jadam śniadań! - odparł stanowczo
-Powinieneś, ale to temat na inną dyskusję... Odpowiedz...
-Nie wiem... Nie liczę...
-To, chociaż rząd wielkości... jak często to robi?
-No dobra.... nie robiła.... - ukrywał zdenerwowanie - Nie robiła, bo nie musi.... Pewnie jakby musiała to by robiła... Po co ma wstawać wcześniej? Jeżeli ja wstaję to niech, chociaż ona się wyśpi... dla mnie to nie problem...
-Nie problem z wyjątkiem, jak to określiłeś, "braku snu".... Słychać ten brak w Twoim głosie... Słychać zmęczenie... - głos Jej złagodniał - Naprawdę zmieńmy temat...
........................................
wnioski z tej i podobnych rozmów drążyły jego świadomość jak korzonki młodej rośliny twardy grunt... z jednej strony wiedział dlaczego tak, a nie inaczej postępuje... wierzył w swoją argumentację... nie oglądał się na nikogo i na nic.... po prostu starał się wywiązywać z tego, co jak uważał, powinno być zrobione... z drugiej jednak strony zaczął przyglądać się Żonie w inny niż dotychczas sposób... nigdy tego nie komentował, ale faktycznie czasem jej nie rozumiał.... potrafiła w połowie prasowania koszulki, przerwać, wyłączyć żelazko, stwierdzić, że jest zmęczona i zająć się wieczorną toaletą.... była w stanie zrozumieć zmęczenie, ale nigdy nie przyszłoby mu do głowy by na skutek gwałtownego ataku znużenia, zostawić w zlewie niewypłukany talerz.... podświadomie starał się walczyć z porównaniami i krytycyzmem wobec Żony, jednak coraz trudniej było mu znajdować skuteczne argumenty do przekonywania samego siebie...
Powracające coś... 2006-05-27
Poniedziałkowy poranek był ciepły... maj rozparł się już na tyle wygodnie, że szarość nagich drzew była zacierającym się wspomnieniem... duże miasto, a w szczególności jego centrum miało tę wadę, że hałas ruchu ulicznego zagłuszał radosne świergolenie ptaków, a unoszący się w powietrzu smród spalin i kurz skutecznie tłumił zapach wiosny... szedł z Młodym do przedszkola i obaj pogrążeni byli we własnych myślach... namacalna, trwała obecność wiosny oraz świadomość, że od następnej rozmowy z Nią dzielą go minuty, a nie dni, wywoływała w nim radosne podniecenie... był w dobrym humorze... z ulgą myślał, że wlokący się w nieskończoność weekend ma już za sobą... Niedziela upłynęła pod znakiem wizyty u teściów... te okresowo powtarzające się odwiedziny były zawsze pełne sprzeczności... z jednej strony nie lubił tam jeździć... ale z drugiej strony nigdy się tym wizytom nie przeciwstawiał... nigdy nie czuł się w tym domu swobodnie... nawet gdy, krótko po ślubie zamieszkali z teściami, nie czuł się pełnoprawnym członkiem rodziny... domownikiem... już w czasie, kiedy jako nastolatkowie "chodzili ze sobą" unikał odwiedzania przyszłej Żony w jej domu... zawsze czuł się obserwowany z rezerwą i dystansem jak kot paradujący przed nosem dobermana, któremu wydano polecenie "waruj"... miał wrażenie, że teściowa cały czas odczuwa żal, że po półtorarocznym zerwaniu zeszli się ponownie, i że ostatecznie ożenił się z jej córką on, a nie szarmancki syn lekarki i zawodowego dyrektora, który przez te osiemnaście miesięcy zaskarbił sobie wielką miłość swojej niedoszłej teściowej, niedoszłej szwagierki i niemal całej rodziny... oczywiście po kilku latach małżeństwa, teściowa często, a może nawet zbyt często, aby brzmiało to wiarygodnie, podkreślała jak dobrego męża ma jej córka, ale ich wzajemna rezerwa była wyraźnie wyczuwalna... inaczej rzecz się miała z teściem, który choć starał się zachowywać pozory władzy w ich domu, w rzeczywistości podobny był do pana Dulskiego... ta Dulskość była jednak świadoma, gdyż zapewniała mu niezmąconą możliwość odawania się swemu nałogowi... pił często... w zasadzie codziennie... nigdy nie wiązało się to z awanturami... nie nosiło znamion degeneracji... po prostu zapewniał organizmowi dawkę utrzymującą go na niekończącym się rauszu... z teściem potrafił rozmawiać... znajdowali wspólne tematy... ale mimo to nie było w ich relacjach swobody i otwartości... kiedyś zrozumiał, że źródłem tego są nie mniej dziwne relacje jego Żony ze swoim ojcem... nigdy nie przestało go dziwić jak można zwracać się do swojego rodzonego ojca per "tato"... "Czy mógłby i Tato podać?"... "Czy widział Tato...?"... "Proszę, przyniosłam to dla Taty"... dla nich to było naturalne... dla niego pogłębiało dystans... rozumiał szacunek... to bardzo ważne, i nie bardzo podobało mu się gdy dzieci zwracały się do swoich rodziców po imieniu, ale przesada w drugą stronę była równie krępująca... mimo tych usztywnionych relacji pamiętał jak kilka miesięcy po ślubie teść będąc jak zwykle "pod wpływem", zdobył się na wypowiedź, która miała najprawdopodobniej ocieplić relacje z zięciem:
-Ja się w Wasze życie nie mam zamiaru wtrącać... i nie chcę żebyś tak to odebrał, ale obserwuję Cię od jakiegoś czasu i powiem Ci, że Twoje zachowanie mi się nie podoba... może nie powienienm tak mówić bo to moja córka, ale jak patrzę jak pierzesz, gotujesz, sprzątasz to mnie krew zalewa... powinieneś być MĘŻCZYZNĄ! Jak raz zaczniesz to będziesz to robił do końca życia! Ja rozumiem, że chcecie sobie pomagać i to jest dobre, ale wydaje mi się, że przesadzasz.... Pamiętaj, nie będziesz miał odwrotu... ona będzie chciała, żeby tak było zawsze! ale nie myśl, że ja się wtrącam... zrobisz jak uważasz, ale według mnie to mężczyzna musi wygrać tę wojnę jaką jest małżeństwo!
ocieplenie nie nastąpiło bo w zasadzie z żadnym zdaniem tej wypowiedzi się nie zgadzał, ale o dziwo ta bełkotliwa, pijacka "mądrość" zapadła mu głęboko w pamięć... ogólnie rzecz biorąc wiedział, że w długim okresie przedmałżeńskim dał się we znaki teściom różnymi wybrykami i mieli prawo mieć mu za złe wiele spraw, jednak Żonie bardzo zależało na ich akceptacji... ciągle niedowartościowana, prowadziła skrytą rywalizację ze starszą siostrą o ich uczucie... uważał, że jej starania są skazane na niepowodzenie, gdyż starsza siostra była do skończenia liceum chlubą i nadzieją rodziny na spełnienie wszelkich ambicji... odkąd pamiętał w opinii rodziny Żony, starsza z sióstr była zawsze ładniejsza, zdolniejsza i w każdej kwestii była "bardziej"... matura w trzecim miesiącu ciąży zachwiała mocno tymi nadziejami i opiniami, jednak szybko sytuacja ustabilizowała się i wynikiem tej stabilizacji było całkowite poświęcenie czasu, uczucia i środków materialnych młodej mamie, gdyż teraz wyjątkowo mocno tego potrzebowała.... ta ofiarność i oddanie nigdy się nie skończyło, a po rozwodzie Żony siostry, wręcz wzrosło bo "Ty masz przecież dobrego męża i normalną rodzinę, a ona sobie nie poradzi sama".... i choć sama była dość krótko, to drugi mąż okazał się "leniem i żrąco-śpiącym obibokiem", dlatego wsparcie nie słabło... być może z tych powodów nigdy nie protestował przeciwko wizytom u teściów.... wiedział jak ważne są dla Żony i cieprliwie znosił rozmowy o pogodzie, chorobach i streszczenia wszystkich emitowanych oper mydlanych... sam starał się nie odzywać, choć jak zasłyszał, było to odbierane jako zarozumialstwo i wyniosłość... uważał jednak, że niebezpieczeństwo utraty kontroli i palnięcia jakiejś swojej opinii, nie jest warte ryzyka i przez większość takich wizyt milczał...
to wszystko na szczęście miał już za sobą... Młody właśnie skończył naciągać kapciuszki i po niecelnym cmoknięciu, które wylądowało gdzieś między ustami a brodą, brykając jak Tygrysek zniknął w sali starszaków...
gdy tylko znalazł się w biurze chwycił za słuchawkę... miał wrażenie, że słyszy w Jej głosie ulgę i radość... zaczynał się gubić w tym co jest rzeczywistym symptomem, a co jego oczekiwaniem i pragnieniem... faktycznie mimo ciągłego przekonania, iż uczestniczy w Jej grze, pragnął aby podobnie jak on niecierpliwie pragnęła kolejnej rozmowy... opowiadali sobie o tym jak spędzili czas od piątkowego popołudnia... romawiając z Nią czuł się jakby znali się od lat i odbyli tego typu rozmów setki bądź tysiące... jednocześnie mimo tego odczucia cały czas ją poznawał.... ciągle odkrywał nowe obszary, nowe opinie, poglądy... było to niezwykle fascynujące, tym bardziej, że w tym poznawaniu nie znajdował żadnych istotnych wad... różnice poglądów prędzej czy później doprowadzały ich do kompromisu i uznania przez jedno z nich racji drugiego... uznania rzeczywistych argumentów, a nie ustąpienia w wyniku kurtuazji... w momentach kiedy to Jej udawało się go przekonać do swoich poglądów, czuł że to go wzbogaca i rozwija... zaczynał niektóre sprawy oceniać w innym świetle i pod innym kątem... w Jej świetle... każda rozmowa z Nią była dla niego pojawianiem się kolejnego elementu układanki... elementu, który idealnie pasował do wzorca... który we wzorcu miał swoje ustalone miejsce... dziwiło go w ogóle istnienie wzorca w jego świadomości.... zapytany o idealną kobiecą osobowość nie potrafiłby jej opisać... wiedział czego nie lubi... jakie charaktery go odpychają... sądził do tej pory, że optymalny dla niego typ charakterologiczny to osoba, której wady czy przywary są najłatwiejsze do zaakceptowania... nie dopuszczał wcześniej istnienia osoby, która nie ma w jego opinii wad... z każdym dokładanym elementem czuł, że odkrywa swój wzorzec... ideał... co jakiś czas w jego umyśle pojawiało się drobne zakłócenie: "Co będzie dalej? Czym się to skończy? Co stanie się gdy poznam cały wzorzec, całą układankę? Rozsypie się? Zniknie? Czy będę żałował?"... eliminował te szumy... odpychał je... nie chciał się nad tym zastanawiać.... cieszył się każdą kolejną rozmową... kolejnym dniem...
Samodzielne około-coś.... 2006-05-15
Mimo opanowania kłamstwa do perfekcji, stosował jedocześnie swoistą etykę... nie kłamał bez potrzeby... ważne było aby jego kłamstwa nie wyrządzały krzywdy innym... w zasadzie kłamał tylko wtedy, gdy uważał, że nie ma innego wyjścia... w tych sytuacjach koncentrował się na tym, by jego "wersje" miały jak najmniej słabych punktów... i nigdy nie wycofywał się z raz wypowiedzianego, nawet gdy czuł, że aktualne kłamstwo nie przynosi pożądanego skutku...
gardził kłamstwem prostackim, byle jakim, bezcelowym... kłamstwo finezyjne, prawdopodobne, niepodważalne traktował w kategoriach artyzmu, sztuki... traktował je jak dobrze zagraną przez aktora rolę... wynikało to w jakimś stopniu z niespełnionych ambicji aktorskich, które zamknęły się amatorskimi przedstawieniami w szkole średniej...
Jej kłamstwo podobało mu się... przybliżało mu Ją jeszcze bardziej... na Jej miejscu nie wymyśliłby nic lepszego... co ważne Jej kłamstwo było perspektywiczne... otwierało możliwość kontynuacji... niepokoiło tylko jedno: skoro jest w tym tak dobra prędzej czy później zastosuje swój "talent" wobec niego... ta myśl była dla niego przykra... ich kolejne rozmowy podnosiły poziom fascynacji Jej osobowością... lubił słuchać jak opowiada... każdy temat, który był dla niego nowy, był omawiany przez Nią od początku, systematycznie, dokładnie... większość Jej poglądów w znacznym stopniu pokrywała się z jego opiniami... czasem wręcz zaskakiwało go, gdy z Jej ust słuchał własnych myśli... w tych rozmowach czuł też, że jest bardzo uważnie słuchany... nie ulegało wątpliwości, że nadawali na tych samych falach... tym bardziej niemiła była myśl, że jest tylko zabawką w Jej rękach...
....................................................
ostatnia piątkowa rozmowa, a w zasadzie jej zakończenie wywołało w nim smutek... zaczął się weekend... przewidywał, że czas od tego momentu zacznie płynąć przynajmniej o połowę wolniej...
Sobota faktycznie wlokła się koszmarnie... śniadanie... zakupy... obiad... spacer... w trakcie spaceru próbował opowiadać Żonie o sytuacji w firmie... w istotnym stopniu mogło to rzutować na ich życie, gdyż sytuacja ekonomiczna przedsiębiorstwa, w którym pracował gwałtownie się pogarszała, a perspektywy na poprawę były dość mgliste...
-Chodzą słuchy, że zmienią "naczelnego"...
-Aha...
-Sam nie wiem czy to coś da... Podobno zagrożone są wypłaty wynagrodzeń... - mówił - Z tego co wiem ta sytuacja wynika z ogromnej recesji na rynku naszych usług i przecież nowy dyrektor nie przyniesie w kieszeni nowych kontraktów...
-No ale może przynajmniej nie dopuści do wstrzymania wypłat?
-Wiesz.... Jak nie ma wpływów to nie ma wydatków.... na to nie pomoże zmiana personalna... -
odnosił wrażenie, że nie do końca go rozumie - Obecny naczelny jest znaną osobą na rynku, piszą o nim poważne pisma branżowe... ja się boję, że to zostanie źle odebrane i zamiast poprawy będzie pogorszenie...
-Ale przecież go nie lubiłeś...
-Kogo??? - zapytał zdziwiony
-No tego... no jak mu tam? no tego Twojego dyrektora... Ku...? ku...? No jak on się nazywa?
-Wydaje mi się, że masz na myśli kierownika mojego działu... To nie jest dyrektor..- nie był zaskoczony... nigdy nie orientowała się w strukturze jego firmy, działu, sekcji... co prawda pracował tam już dłużej niż są małżeństwem i często opowiadał jej o pracy, ale praktycznie zawsze myliła osoby, ich kompetencje i obowiązki... leciutko i niemal niezauważalnie przemknęła mu myśl, że gdyby teraz rozmawiał z Nią, a nie z Żoną, to Ona pamiętałaby kto jest kim w jego firmie... uświadomił sobie, że za wszelką cenę stara się unikać porównywania, ale na dłuższą metę to się nie uda...
-Nie??? To kto jest tym naczelnym?
-Nieważne...
-No patrz co on wyprawia?! - podniosła głos
Przez moment pomyślał o tym, że któryś z jego przełożonych właśnie na oczach Żony dopuszcza się jakichś bezeceństw, ale gdy spojrzał na młodego siedzącego na trawie i zdejmującego but, wiedział kogo dotyczyła jej uwaga...
-Pewnie mu coś do buta wpadło...
-No ale on siedzi na ziemi!!!
-A na czym miał usiąść? - spytał poirytowany
-W ogóle niech nie siada! Nie dopiorę potem tego
"Bądźmy precyzyjni... pralka nie dopierze" - pomyślał... podniósł młodego i pomógł mu założyć but...
-Chłopie... mogłeś powiedzieć, że coś Ci wpadło do buta... Przecież bym Ci pomógł...
-No tak... - młody miał poważną minkę - ale przecież sam zawsze mówisz, że jak mogę coś zrobić sam to mam nikogo o pomoc nie prosić...
-Ha ha ha... - zaśmiał się głośno - Nooo.... niby tak, ale od czasu do czasu nie jest zbrodnią skorzystać z czyjejś pomocy...
Młody już jednak nie słuchał... gonił przodem wymachując znalezionym wcześniej kijem... faktycznie miał swoistą obsesję na punkcie samodzielności... nie znosił sytuacji, kiedy zależny był od czyjejś pomocy... młodemu przemycał w różnych sytuacjach argumenty przemawiające za samodzielnością i niezależnością... czy to w czasie nauki ubierania się, samodzielnego mycia, czy wiązania butów... nie sądził, że tak skutecznie.... nie chciał już rozmawiać... szli w milczeniu... w pamięci pojawiło się bolesne wspomnienie narodzin jego obsesji o samodzielności... miał dwadzieścia lat... mama już z nimi nie mieszkała... był późny lipcowy wieczór... za drzwiami, w dużym pokoju trwała libacja... głos coraz bardziej pijanego ojca dominował w ogólnym harmidrze... słyszał każde wypowiadane przez ojca zdanie... głównym tematem była mama i ich rozwód... zdania wypowiadane były w taki sposób, żeby je słyszał... każdy epitet... każdą obelgę... miał słyszeć głos tryumfu... jak "franca" została załatwiona... jak pokazał "tej łajzie" gdzie jej miejsce... miał czuć jak wielki błąd popełnił nie decydując się na zeznania przeciwko matce... spojrzał na swoje rozdygotane dłonie... nie mógł tego słuchać... tego festiwalu nienawiści... zrobił głośniej radio.... salwy śmiechu przebijały się przez cienką ścianę działową... czuł, że nie wytrzyma dłużej... krew pulsowała w skroniach.... wydawało mu się, że ma zawroty głowy.... pokój zaczął wirować... nie mógł się skupić.... musiał to przerwać.... cisza zapadła gdy stanął w drzwiach... nie spodziewali się, że wyjdzie... starał się zapanować nad głosem:
-Przestań w końcu!!! - wrzasnął - Dwadzieścia lat temu spłodziłeś z nią dziecko....
-U siebie jestem... - przerwał mu z pijacką zaczepką ojciec - Nie podoba się do won do niej!!!! Tak ją bronisz? I gdzie jest?????!!!!!!
Na miękkich nogach przeszedł do przedpokoju...
-Ubiera się - dobiegł go czyjś ściszony głos
-No i niech spieprza gówniarz śmierdzący - ojciec w swoim stylu sam nakręcał emocje - Ciekawe gdzie pójdzie! Niech idzie! Jeszcze do mnie w łaseczkę przyjdzie!!! Szybciej niż się spodziewa! Jeszcze mi będzie z ręki jadł... gnój jeden!
Wyszedł w rozwiązanych butach.... trzasnął drzwiami.... noc na szczęście była ciepła... sam nie wiedział jakim cudem znalazł się na dworcu kolejowym... w uszach słyszał powtarzające się w kółko zdanie: "Jeszcze do mnie w łaseczkę przyjdzie!!! ".... mimo ciepła trząsł się na całym ciele... od tego momentu wiedział jedno: NIGDY... Nigdy nie będzie od nikogo zależał!!! Nigdy do nikogo nie przyjdzie w łaskę!
bezwiednie, nieobecnym wzrokiem patrzył na młodą dziewczynę, która bezradnie rozglądała się
po placu przed dworcem... nie miał co ze sobą zrobić... była druga w nocy...
-Może Pani pomóc? - zapytał zdziwiony spokojem w swoim głosie
-Muszę się dostać pod ten adres... - odpowiedziała niepewnie
Spojrzał na trzymaną przez nią kartkę...
-No to ma Pani problem... - próbował się uśmiechnąć - To jest dobre trzy kilometry idąc na skróty... taksówki o tej porze Pani tu nie uświadczy, a nocny autobus niedawno odjechał więc następny będzie minimum za dwie godziny...
-Proszę mi powiedzieć jak tam dojść... - przyglądała mu się nieufnie
-To nie jest prosta droga... nie wytłumaczę Pani... A może... może po prostu Panią zaprowadzę?
-Nie dziękuję - widać było, że się przestraszyła - Poczekam na autobus...
-Rozumiem... na Pani miejscu też bym się nie zdecydował...
-Albo wie Pan co? Ryzyk-fizyk.... chodźmy... - leciutko się uśmiechnęła
-Dziękuję... za.... za zaufanie... nawet nie wie Pani jak mi to teraz potrzebne... Móc się komuś przydać...
wziął jej bagaż i po chwili zniknęli w mroku...
Bardzo daleko od czegoś... 2006-05-12
Gdy tylko znalazł sie w biurze, zrobił sobie kawę i uruchomił komputer... obracał kartkę z zapisanym numerem telefonu... numer był łatwy do zapamiętania... wystukał go na klawiaturze telefonu... po pięciu sygnałach odłożył słuchawkę... w zasadzie nie wiedział o czym będą rozmawiać... cały czas odświeżał wspomnienie ciepłych, jędrnych ud, po których we śnie przesuwały się jego dłonie... po kilku minutach zadzwonił ponownie... już po drugim sygnale usłyszał Jej głos:
-Tak, słucham...
-Dzień dobry...
-Aaaaa.... witam Pana! - słychać było uśmiech w jej głosie - Okazuje się, że dobrze zrobiłam spiesząc się do pracy...
-Ja byłem szybszy, zdążyłem już zaliczyć pierwszą nieudaną próbę...
rozmowa potoczyła się sama... skrępowanie i emocje poprzedniego dnia całkowicie ustąpiły... rozmawiali o wszystkim... zmiany tematów następowały samoistnie i niezauważalnie... odczuwał przyjemność słuchając tego co mówiła... z Jej wypowiedzi wyłaniał się obraz osoby o zdecydowanym charakterze, upartej, świadomej swojej wartości... była szybka i bezwzględna w ripostach, choć nie w każdej kwestii się z nią zgadzał... minuty mijały szybko... i zanim się zorientowali minęła niemal godzina...
tego dnia zadzwonił do niej jeszcze dwa razy... rozmowy były co prawda krótsze, ale wynikało to bardziej z rozsądku i obowiązków zawodowych, niż z braku chęci... ostatnie połączenie zakończyli gdy kolejny raz rozległ się klakson samochodu Jej Męża, który czekał na Nią przed budynkiem...
resztę popołudnia towarzyszyła mu w myślach... wiedział coraz więcej... o Niej... o Jej poglądach... o dzieciach... o zwyczajach i rozkładzie dnia... niezależnie od intencji, które zetknęły ich ze sobą, poznawanie Jej sprawiało mu przyjemność... wieczorem gdy po kolacji zmywał naczynia odtwarzając jednocześnie fragmenty ich dialogów, uświadomił sobie, że uśmiecha się do tych myśli... na szczęście nikt go nie obserwował, nikt nie zadawał niezręcznych pytać, nikt nie zuważał jak bardzo niebecny się stawał...
..............
w Piątek od samego rana poddenerwowanie budziła myśl, że to koniec tygodnia... tradycyjne "dzięki Bogu już Piątek..." zastępowało nowe "...niestety Piątek... dwa dni do Poniedziałku..."
zadzwonił od razu, gdy znalazł się w biurze... odebrała natychmiast.... okazało się, że w wersji dla Męża czekał na Nią dzień wcześniej tak długo, gdyż miała ważną rozmowę z Zarządem i koniecznie musi być w pracy wcześniej, aby przygotować uzgodnione materiały... z jednej strony podobało mu się to kłamstwo... było spójne... prowdopodobne... trudne do podważenia... i cel do którego prowadziło w pewnym sensie mile łechtał dumę własną... z drugiej strony, iskierka niepokoju zaświeciła się, gdy pomyślał o tym, że przyszło Jej to bez najmniejszego trudu... rozmowa jak poprzednie, biegła wartko i przyjemnie, a poczucie czasu ulegało niemal całkowitemu zanikowi...
po odłożeniu słuchawki zaczął rozmyślać na temat Jej "...wersji dla Męża..." łatwość z jaką skłamała dowodziła, że jest dobrą aktorką, a skoro tak, to będzie musiał zachować szczególną czujność... z drugiej strony uważał się za mistrza kłamstw... kłamał odkąd pamiętał... z różnych powodów, w różnych sytuacjach, ale od zawsze starał się robić to perfekcyjnie.... pierwsze poważne kłamstwa służyły wypełnieniu pokładach w nim nadziei i oczekiwań... w dzieciństwie rodzice dokładali wszelkich starań aby idealnie wpasować go we wzorzec syna grzecznego, układnego, pracowitego i zdolnego... pierszy raz kiedy "musiał" sfałszować rzeczywistość miał miejsce w drugiej klasie szkoły podstawowej... mimo wcześniejszych zapowiedzi nie nauczył się tabliczki mnożenia... po latach nie pamiętał dlaczego się nie nauczył, ale doskonale pamiętał uczucie paniki gdy na lekcji matematyki wywołane zostało jego nazwisko... w tym momencie chciał płakać, uciekać, błagać żeby Pani go nie pytała... w swojej ocenie wypadł fatalnie i spodziewał się najgorszego... sam sobie postawiłby najwyżej tróję, dlatego czwórka z minusem w pierwszym momencie wywołała poczucie ulgi... ulga jednak po krótkiej chwili ustąpiła panice... nigdy wcześniej nie dostał oceny innej niż piątka... najniższą jego oceną do tego momentu była piątka minus, i pamiętał, że te minusy wymagały wyjaśniania przed ojcem... w domu mimo zaledwie ośmiu lat jego umysł pracował chłodno i z wyrachowaniem... dzienniczek z ocenami najczęściej sprawdzała i podpisywała mama... ojciec nigdy nie sprawdzał jego zawartości, a i podpisywał sporadycznie... jedyną rozsądną szansą na uniknięcie kary za fatalną ocenę było podrobienie podpisu ojca... sądził, że gdy za jakiś czas mama znajdzie w dzienniczku ocenę z podpisem ojca uzna sprawę za zamkniętą... w dzienniczku z pierwszej klasy znalazł "wzór" podpisu... wykonał kilka prób przy pomocy kalki... efekty były całkiem niezłe... po skopiowaniu podpisu zniszczył wszystko co zachowało najmniejszy ślad "przestępstwa"... rzecz pewnie potoczyłaby się zgodnie z jego planem gdyby nie sumienie... kilka dni później gdy wrócił zastał mamę pochyloną nad jego dzienniczkiem... starał się opanować strach... uspokajał się, że wszystko idzie zgodnie z planem... jednak pytanie, które padło wywołało zimny dreszcz:
-Za co dostałeś tę czwórkę?
-Za tabliczkę mnożenia - odpowiedział starając się by brzmiało to spokojnie i w miarę beztrosko, jakby nie było do czego wracać...
-A tato pytał za co?
w tym momencie musiał skłamać... skłamać patrząc prosto w oczy... czuł, że to kłamstwo pociągnie za sobą konieczność wypowiedzenia kolejnych... nie miał na to siły...
-Tato... - wydukał - tato... on tego nie podpisał...
łzy płynęły same... gardło zaciśnięte żelaznym kleszczem nie pozwalało przełknąć śliny... chciało mu się wyć.... uciekać... kolejne pytania padały coraz szybciej... głośniej... bał się... płakał... przyznał się do tego co zrobił... i to dopiero wywołało prawdziwą furię.... gdy klęczał i przyjmował kolejne bolesne ciosy rózgi, wyjąc i łykając łzy uświadomił sobie, że okazał słabość i ponosi karę za tę słabość... słabość polegała na tym, że nie potrafił skłamać patrząc prosto w oczy... postanowił nigdy więcej nie popełniać tego błędu....
Narastanie czegoś... 2006-05-10
Czuł jak wypełnia go energia... działanie adrenaliny... popołudnie nie odbiegało od standardu i przebiegało ustalonym rutyną torem... jedynie jego myśli wymykały się rutynie... w trakcie wypełniania codziennych obowiązków starał się uporządkować stworzony przez nie chaos... "...potrzebowałam czasu na ochłonięcie..." ten fragment grał w nim jak uszkodzona winylowa płyta... "...spokojnie..." - pomyślał - "...w oczywisty sposób brzmi to jak wyznanie kobiety, na której mężczyzna wywarł ogromne wrażenie... i w oczywisty sposób stoi w sprzeczności z założeniem, że ona się mną bawi... ale czy JA mógłbym wywrzeć na kobiecie wrażenie? NIE! takie rzeczy się nie dzieją... skoro przez blisko trzydzieści lat kobiety nie reagują na mnie, to co niby się zmieniło?... to jest po prostu N I E M O Ż L I W E... a skoro przyjmę, że to nie możliwe, to dlaczego tak powiedziała?... dlatego, że to element tej gry... wystarczy zauważyć jak sprytnie podaje mi informacje... co jakiś czas przemyca wskazówki o niechęci do Męża... przeplata to własnie takimi wątkami, które wskazują na moją atrakcyjność... wszystko to, abym wszedł do gry, abym wpadł w to po uszy, abym... co?... jeśli jest to gra to jaki jest jej cel... w każdej grze gracz ma cel... w sumie to dosyć oczywistym jest o co chodzi... zaślepiony, zauroczony mam reagować na każde pociągnięcie sznureczka... taka śmieszna marionetka, kukiełka, którą można manipulować i bawić się jej śmiesznymi ruchami... jak się znudzi, lub gdy poplączą się sznureczki można ją wyrzucić albo poszukać innej... tak... to się nawet układa w spójną całość... łatwo ulec fascynacji Nią... jest bardzo inteligentna... muszę przyznać, że zaskakuje mnie wiedzą, kojarzeniem faktów... w świetny sposób opowiada... Jej wypowiedzi są takie... hmmm... uporządkowane... nie mogę mieć wątpliwości, że niezależnie od Jej intencji rozmowa z Nią jest wielką przyjemnością... i jest coś czego wcześniej nie poznałem... Ona słucha... słucha w jakiś taki szczególny sposób... słucha tak, że chce się mówić... nie wiem na czym to polega... nie wiem na czym polega różnica, ale ludzie z którymi się stykam nie słuchają... wyczuwam, że tracą koncentrację... może to ja nie potrafię mówić w zajmujący i interesujący sposób? może... a tak z drugiej strony jeżeli Ona gra? to jest wspaniałą aktorką... naprawdę można dać się nabrać..."
potok myśli zalewał go aż do zaśnięcia...
śnił dziwny sen... sen z gatunku tych namacalnych... tych, które mają kolory, w których czuć zapachy, które są tak realistyczne, że przebudzenie boli... jednocześnie sen był kompletnie irracjonalny, a jego irracjonalność była w nim naturalna... świat tego snu nie był podobny do świata, w którym żył na jawie... podobne były nazwy miejsc, ale nie miejsca... znał ludzi, choć na jawie byliby mu obcy... miał do wykonania zadanie... miał pojechać do biura odległego o pięćset kilometrów i wrócić tak szybko, by zdążyć na wieczorne spotkanie... do dyspozycji dano mu autobus z automatycznym pilotem i nawigacją satelitarną... nie musiał nim kierować, autobus jechał sam... wyprzedzał... wymijał... przestrzegał reguł ruchu drogowego... ku jego zdziwieniu autobus pędził jak szalony, ale nie odczuwał tego... rzeczywiście w krótkim czasie dotarł do miejsca przeznaczenia... w drodze powrotnej okazało się, że jedzie z nim młoda dziewczyna... było już ciemno... patrzył przez przednią szybę na oświetloną reflektorami drogę... umykające w ich świetle pobocze... seledynowo oświetlone wskaźniki na desce rozdzielczej kontrastowały z ciemnym wnętrzem kabiny sterowania... jedyną wadą tej podróży był upał... dziewczyna weszła cicho... była tylko w czarnej bieliźnie...
-Daleko jeszcze? - zapytała cicho
zanim odpowiedział stanęła przed nim odwrócona do niego plecami... była niewysoka... jej spocone ciało delkatnie oświetlała seledynowa poświata... oparła się plecami o niego... poczuł wyraźnie jej naturalny zapach... poczuł narastające podniecenie... położył obie dłonie na jej biodrach... była młoda, jędrna... nie przypominał sobie aby kiedykolwiek dotykał takiego ciała... jej oddech przyspieszył... wsunął dłoń między jej uda... była ciepła, wilgotna... jego podniecenie było bliskie eksplozji....

obudził się... Żona spała odwrócona do niego plecami... było prawie widno... wyświetlacz zegara poinformował go, że za pół godziny będzie szósta... był spocony, podniecony i przez moment zły na siebie... chwilę przed automatycznym włączeniem się radia poszedł do łazienki zabierając ze sobą podniecenie... humor poprawiła mu myśl, że już niewiele czasu dzieli go od możliwości zatelefonowania do Niej...
Zalążek czegoś.... 2006-05-08
-A co chciałbyś wiedzieć o mnie?
Słyszał, że się uśmiecha... przypominał sobie jej uśmiech...
-Wszystko... Co lubisz.... za czym nie przepadasz.... czego nie cierpisz.... dlaczego zadzwoniłaś... co pomyślałaś kiedy dałem Ci swoją wizytówkę...
-Powoli, powoli - zaśmiała się głośno - A tak w ogóle to nikt Cię teraz nie podsłuchuje?
-Nie... chwilowo mam luz.... moi współlokatorzy mają akurat spotaknie służbowe i delektuję się wolnością... - zniżył głos do tembru, który jak mu mówiono robi najlepsze wrażenie - Wiesz...?
Czekał w ciszy...
-Co? - słychać było zaskoczenie zmianą jego tonu
-Niczego się o Tobie nie dowiem jeśli będziesz uciekać przed moimi pytaniami... - wymruczał - Robisz to celowo?
-No dobrze... - śmiała się pełnym głosem - Powinnam była wiedzieć, że nie poddasz się tak łatwo...
-Skąd wiedzieć?
-Zapominasz, że ja też trochę Cię znam? Miewam okazje żeby Cię obserwować, słuchać... znam Twoje rzeczowe podejście do wszystkiego... - Jej głos spoważniał - Oczywiście odpowiem na Twoje pytania, choć może zacznę trochę od końca... Dlaczego zadzwoniłam? Szczerze?... Przed urodzinami mojego Męża miałam zaplanowane po weekendzie dwa dni urlopu... nie spodziewałam się, że mi ten urlop tak namiesza... bo... bo... z jednej strony nie mogłam się doczekać kiedy pójdę do pracy, a z drugiej potrzebowałam czas na ochłonięcie.... przemyślenie...

Chciwie wsłuchiwiał się w każde wypowiadane przez Nią słowo... drżał... starał się nie tracić czujności... nie chciał aby umknęla jego uwadze jakakolwiek fałszywa nuta...

-W tej chwili napewno nie usłyszysz wszystkich moich myśli - kontynuowała - ale powiem, że decyzja o telefonie do Ciebie nie była łatwa... teoretycznie przeważały argumenty przeciw, ale na koniec pomyślałam, że to chyba nie jest wielka zbrodnia zadzwonić do znajomego...
-Jestem tego samego zdania... - powiedział cicho - Choć pewnie znaleźli by się tacy, dla których byłoby to conajmniej dziwne...
-W każdym razie... po Niedzieli towarzyszyła mi szalona huśtawka myśli i nastrojów... Jak słychać mimo obaw zadzwoniłam...
-Obaw?
-Tak... - mówiła już nieco pewniejszym głosem - Obawiałam się na przykład na ile poważna była Twoja propozycja.... nie mówiąc o tym, że tak trochę głupio gdy kobieta dzwoni pierwsza do mężczyzny...
-Do znajomego! - wszedł Jej w słowo - Poza tym nie mogłem zadzwonić pierwszy bo nie znałem numeru... Nadal nie znam...
-No właśnie... Bałam się też czy będziemy... czy będziemy umieli ze sobą rozmawiać... bo to zupełnie coś innego na imprezach.... w towarzystwie...
-I jak?
Znów się roześmiała...
-Mnie się podoba.... ale... drugi raz nie zadzwonię!
-Jeżeli dasz mi taką szansę wezmę ten ciężar na siebie... - śmiali się już oboje
Podyktowała mu numer telefonu do biura...
-Ten telefon stoi na moim biurku, więc nie obawiaj się, że odbierze ktoś inny...
-Poradzę sobie...
-W to nie wątpię....
-A tak a' propos... Opowiedz mi o swojej pracy...
Uśmiechnął się pod nosem gdy usłyszał zmianę jej tonu na nieco bardziej zasadniczy... Słuchał bardzo uważnie... co prawda branża była mu zupełnie obca, ale opowiadała o tym tak przejrzyście, że bez trudu nadążał za opisem struktury firmy, Jej roli w niej, zadań i celów... czasem przerywał Jej zadając pytania i uzyskiwał na nie wyczerpujące odpowiedzi... Jej "stanowisko", o którym słyszał pogłoski, choć kierownicze nie było aż tak wysokie jak przypuszczał... wynikało jednak z Jej opowieści, że pełni ważną i odpowiedzialną rolę w tej organizacji... w pewnym momencie zawiesiła głos...
-Wiesz.... - tu wypowiedziała Jego imię - ile czasu rozmawiamy?
-Nie mam pojęcia... Godzinę?
-Dokładnie godzinę i dwadzieścia trzy minuty...
-Gratuluję telefonu z wyświetlaczem - zażartował
-Przestań... Bardzo miło mi się z Tobą rozmawia, i mogłabym tak pewnie jeszcze dłużej, ale wypadałoby popracować...
-Masz rację... wolę nie myśleć ile psów powiesili na mnie wszyscy próbujący się do mnie dodzwonić...
-Gdybyś miał ochotę jutro porozmawiać to jestem w pracy od ósmej...
-Zadzwonię napewno...
-Nie zapewniaj... - uśmiechnęła się - po prostu zadzwoń...Papa...
-Pa...
Odłożył słuchawkę... powoli uspokajał się.... czuł mrowienie.... nawet nie zdawał sobie sprawy, że przez cały czas rozmowy w napięciu nie zmieniał pozycji... spojrzał na kartkę z zapisanym numerem telefonu... uśmiechnął się... podniósł słuchawkę i wystukał numer... po dwóch sygnałach usłyszał Jej głos:
-Tak słucham...
-To tylko ja... sprawdzam poprawność moich notatek... - zaśmiał się - Teraz już mogę spać spokojnie...
oboje się zaśmiali...
-Nie przeszkadzam już.... Przepraszam... Miłego popołudnia...
-Nie przepraszaj.... to było miłe... wzajemnie Ci życzę i.... dbaj o siebie... Pa...
ponownie odłożył słuchawkę.... "Dbaj o siebie" dźwięczało mu w uszach... "Nikt mi nigdy tak nie mówił..." - pomyślał... zdawał sobie sprawę, że to tylko taki grzecznościowy zwrot, ale mimo to zrobiło mu się błogo... siedział gapiąc się przed siebie... w myślach odtwarzał każde zdanie tej rozmowy... znając siebie wiedział, że do jutra "przesłucha" ten dialog jeszcze wiele razy... uśmiechał się....
Wiosenne coś... 2006-05-05
po odebraniu młodego z przedszkola resztę popołudnia wypełniły mu zakupy... nie lubił tego... nie lubił to mało powiedziane... zakupy były koniecznością i miał świadomość, że musi to robić... musiał z kilku powodów... po pierwsze dawało mu to jako taką kontrolę nad domowym budżetem... po drugie zakupy najczęściej były obfite i ciężkie, więc konieczne było użycie jego siły... w większości przypadków sam sporządzał listę zakupów... wiedział, w którym sklepie i na której półce szukać potrzebnych produktów.... przez ponad godzinę biegał od sklepu do sklepu z coraz cięższymi torbami... zawsze starał się aby przebiegało to sprawnie i szybko.... nie cierpiał tak zwanej "turystyki sklepowej"... rodzin poruszających się tyralierą między regałami... szurających butami jak w muzeum... podziwiających wystawione eksponaty jakby stworzył je Matejko bądź Dunikowski, a nie Rolnik czy Krakus... nie trawił ludzi, którzy po wejściu na schody ruchome w centrach handlowych doznawali gwałtowanego ataku paraliżu, uniemożliwiającego im nie tylko chodzenie, ale nawet ustąpienie przejścia tym, których ta choroba nie dopadła... mimo tych odczuć zachowywał się ambiwalentnie i prosił, przepraszał, dziękował z przyklejonym uśmiechem maskującym prawdziwe myśli...
wieczorem po kąpieli synka poczuł dopadające go zmęczenie... nienajlepiej przespana noc i emocje w pracy skumulowały się... położył się razem z młodym do łóżka i szeptał mu do uszka naprędce wymyślaną historyjkę... nie wiedział, który z nich zasnął pierwszy... w ogóle nie wiele wiedział gdy usłyszał Żony głos:
- Wstawaj... jeszcze go zgnieciesz!
za oknami było kompletnie ciemno.... nie wiedział która jest godzina... wiedział tylko, że uwaga o zgnieceniu była kompletnie bezsensowna... takie rzeczy się nie dzieją... nie umiał sobie wyjaśnić tego fenomenu w jakiś racjonalny sposób, ale wiedział doskonale, że śpiąc z dzieckiem podświadomie cały czas człowiek stara się je chronić... dawać mu miejsce... przykrywać i zabezpieczać.... nawet kosztem własnej niewygody... to działo się samo... Żona pewnie też o tym wiedziała, ale musiała dać wyraz swej trosce...
umył się i rozebrał... sen spłynął szybko i po cichu...
...............
Środa obudziła go radiem, które jak zwykle w dzień powszedni włączyło się przed szóstą... mimo, iż pracę zaczynał godzinę później niż Żona wolał wstawać pierwszy... to pozwalało mu na niemal nieograniczony czasowo prysznic... dawało poczucie panowania nad czasem... nie spieszył się... na wszystko miał czas... przygotowanie śniadań... rozbudzenie młodego.... każda z tych czynności miała swój czas i miejsce... spacer do przedszkola... przyspieszony galop do pracy... o szóstej miasto było przymglone, jednak już po półtorej godzinie niebo rozjaśniło się zapowiadając wspaniały wiosenny dzień...
usiadł przy biurku i włączył komputer... kawa przyjemnie pachniała... przez chwilę przeglądał pożyczoną od kolegi gazetę... kilka spraw było na tyle istotnych, że zabrał się za nie natychmiast po uruchomieniu oprogramowania... jego umysł pracował w ogromnym skupieniu gdy zadzwonił telefon... mimo, iż zadzwonił identycznie jak za każdym razem w poprzednich dniach, serce podskoczyło mu do gardła... poczekał na drugi dzwonek...
- Tak... słucham...
przez sekundę trwała cisza...
- Dzień dobry Panu... - Jej głos wywołał w nim eksplozję... potężna fala przetoczyła się przez skronie, gardło, klatkę piersiową, żołądek.... czuł każdą kroplę krwi.... każde uderzenie serca.... ręce mu się trzęsły... na moment całkowicie stracił głos... wyczuł, że słowo "Panu" wypowiedziała z uśmiechem, zaczepnie...
- Eeee.... momencik... - zająkał się - Dzień dobry Pani... Przepraszam, że tak dukam, ale nie spodziewałem się, że zadzwonisz...
- Poznałeś mnie po głosie? - udawała zdziwienie
w głowie miał kompletny chaos.... brakowało mu tchu.... brakowało mu czasu na uporządkowanie myśli... wszystkie ćwiczone w myślach przemowy od Poniedziałku całkowicie wyparowały... pustka przerażala go... bał się kompromitacji...
- Oczywiście - odpowiedział - Nie rozmawialiśmy do tej pory zbyt dużo, ale znam Twój głos...
- Jak to jest? - zapytała - Dajesz numer telefonu i nie spodziewasz się, że zadzwoni?
- To nie tak... - powoli odzyskiwał równowagę - Miałem nadzieję, że zadzwonisz, ale wydawało mi się, że jeśli już.... to zrobisz to w Poniedziałek...
- Często rozdajesz kobietom swój numer telefonu? Inne dzwonią od razu? - spytała nie podejmując kwestii dwudniowego milczenia....
- Od bardzo wielu lat nie dałem swojego numeru telefonu nikomu w celach innych niż służbowych...
- Nie wierzę... - zaśmiała się
zaskoczyła go jej reakcja...
- Poszło Ci to tak sprawnie, że musi to być dobrze wyćwiczony ruch...
całkiem go zamurowało... nie przypuszczał, że ktokolwiek mógłby go tak postrzegać...
- Mylisz się... - powiedział bez przekonania - Kosztowało mnie to mnóstwo nerwów...
- Skoro dałeś mi wizytówkę nie w celach służbowych - przerwała mu - to w jakim celu?
czuł, że za chwilę rozmowa wymknie mu się całkiem spod kontroli... Ona w niej wyraźnie dominowała... była lepiej przygotowana....
- Żeby Cię poznać... - z setek odpowiedzi błyskających w głowie wybrał tę, gdyż była najbliższa prawdy
- Przecież mnie znasz - zaśmiała się ponownie
- Tak... - zgodził się - Wiem o Tobie bardzo dużo... wiem jak się nazywasz, gdzie mieszkasz, znam Twoją rodzinę, wiem jak świetnie tańczysz.... ale.... nie znam Cię...
- Chyba nikt mnie nie zna...
- Przesadziłaś... Mąż... - zaczął
- Mąż jest skoncetrowany na samym sobie... mnie rozpoznaje... jak mnie potrzebuje...
zaskoczyła go gwałtowność tej wypowiedzi...
- Po co chcesz mnie poznać? Po co Ci ta wiedza?
- Lubię wiedzieć... lubię rozumieć, a z ostatnich wydarzeń niewiele rozumiem... Może jak Cię lepiej poznam, przyjdzie mi to łatwiej? - sam był zaskoczony własną szczerością
serce nadal łomotało jak zwariowane... mimo drżących dłoni rozmowa sprawiała mu ogromną przyjemność.... towarzyszyło jej poczucie ulgi.... doczekał się....

Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę. 


Księga gości
 
LewPolarny
47
,
Szczecin
Słowo o mnie?... przeciętność...
Zobacz mój profil
Liczbiarstwo
Chroniąc się przed deszczem weszło ich
 
7477
Krzyczeli aby ulżyć emocjom
 
129
Wyryli nożem na ławce swój ślad
 
32
Oddaj głos na mojego bloga!
Aktualna liczba głosów:
 
1298
Zobacz serwisy INTERIA.PL